niedziela, 31 maja 2015

Rozdział 1

Jadę z mamą samochodem. Przeprowadzamy się. Czemu my?
-Ehh... Po prostu super.- powiedziałam ze skwaszoną miną gdy mijałyśmy tabliczkę z napisem :
,,WITAMY W WOLFSBURG."
- Nie przesadzaj. Jest całkiem ok. No zobacz jest tu dużo domów.
- Taa domów? Mi się wydawało, że to są zabytkowe rudery. - no może trochę przesadzam. No ale nie moja wina, że tak tu jest.
- Zobaczysz będzie fajnie - coś tam jeszcze mówiła ale ja nie zawracałam sobie głowy nią, bo moją uwagę przykuła stara budowla przypominająca zamek.
- O patrz to jest szkoła do której będziesz chodzić.
- Że co? Chyba śnisz, że ja tu przyjdę. - nie marzy chodzić mi się do jakiegoś starożytnego zamku.
-Mille ona się tylko taką wydaje w środku jest inaczej.
- Okay. - Nie miałam zamiaru się dłużej kłócić. - Daleko jeszcze? Nudzi mi się.
- Poczekaj jeszcze chwilę. Za kilka minut będziemy na miejscu.
Po 15 minutach zatrzymałyśmy się koło wielkiego domu. Na zewnątrz odstraszał wyglądem. Był z szarej cegły, dach miał z czarnej blachy, drzwi drewniane, a okno nowoczesne. Nawet może być. Nie jest taki najgorszy.
- Witam w Wolfsburg. Jestem Mason Wayne. Pomóc pani? - wystraszyłam się tak, że aż podskoczyłam ze strachu.
- O! Dzień dobry. Jestem Katrina Johnson. Oczywiście może pan pomóc. To jest moja córka Camille.
- Witam Camille. - wyciągnął dłoń w geście przywitania, jednak ja jej nie przyjęłam tylko podeszłam do samochodu i wzięłam moje walizki. Skierowałam się do domu je odłożyć.
Gdy już byłam w środku poszłam na górę. Schody oczywiście skrzypią.
- Mamo! Mogę wybrać pokój, który chce?! - krzyknęłam.
- Tak!
Wybrałam pokój z wielkim łóżkiem z ciemnego drewna obok niego stoi toaletka, a w kącie znajduje się szafa z takiego samego drewna jak wszystko. W środku znajdowały się dwie pary drzwi. Pierwsze prowadzą na korytarz, a drugie do łazienki. W środku łazienki znajduje się duża wanna, lustro i toaleta. Położyłam walizki koło szafy i zeszłam na dół. W kuchni stała mama i rozpakowywała rzeczy kuchenne.
- Mamo idę się przejechać. Będę za około godzinę. 
- Ok. Tylko uważaj. I nie jedź za szybko. - Wyszłam z domu. Zdjęłam motocykl z przyczepy. Były tam również moje kaski. Wsiadłam na pojazd i ruszyłam. Awww... Kocham tą prędkość. Pusta droga, motor, prędkość i ja. Może to dziwne różne pasje. Taniec, motor, rysowanie to nie pasuje do jednej osoby. A jednak. Jeździłam tak pół godziny. W końcu zdecydowałam się, że pojadę do domu. Weszłam do garażu i zostawiłam motocykl. Wychodząc zauważyłam kota, czarnego kota. Zaczęłam go wołać, jednak ten nie przychodzi. Po jakiś 5 minutach podeszła do mnie. Wzięłam ją na ręce. Wszystko było by okay gdyby nie jakieś nawoływania.
- Clove! Clove gdzie jesteś?! - pani która wołała była już obok mnie. - Clove. Matko czemu ty mnie tak straszysz! Dziękuję ci za jej znalezienie.
- Nie ma za co. Wychodziłam z garażu, a tu kotek. Zawołałam ją jednak ta dopiero po kilku minutach podeszła do mnie i wzięłam ją na ręce.
- Ty pewnie jesteś Camille Johnson. Ja jestem Rose Andres. - Ugh. Czemu każdy mnie zna?? - Dobranoc już muszę iść. Jeszcze raz dziękuję.
- Dobranoc - to powiedziawszy ruszyłam do domu. Mmm... W środku czekała na mnie smaczna kolacja składająca się z ryżu i warzyw z patelni.
 - Z kim rozmawiałaś?
- Z sąsiadką panią Rose Andres. Znalazłam jej kotkę, a ona jej szukała i przyszła. Dziękuję. Już się najadłam.
- Aha. Idź na górę przygotuj się na jutro, a ja pozmywam. - Poszłam na górę. Wyciągnęłam piżamę z walizki i poszłam do łazienki. Szybko się umyłam. Wyszłam i się rozpakowałam. Była godzina 21.00 kiedy się położyłam. Wzięłam swoją mp3 i puściłam muzykę.
*~*
Idę przez miasto. Mam na sobie suknię balową. Czuję jak z języka i warg zaczyna lecieć mi krew. Jestem w szoku gdy zauważam kły. Patrzę na ręce i się przerażam, są one całe porośnięte sierścią, nogi i reszta ciała również. Zamiast rąk mam łapy. Idę tak dalej. Nagle coś przelatuje obok mojej głowy. Okazało się, że to sztylet. Zaczynam uciekać. Po pewnym czasie zauważam kto mnie usiłuje zabić. Jest to Mason. I wtedy gdy już odwracam głowę, potykam się o wystający kamień. Płaczę ze swojej bezsilności. Gdy ma już mi zadać ostatni cios pojawiają się cztery osoby, które mi pomagają.

Budzę się zapłakana i zlana potem. Patrzę na zegarek, na którym ukazuje się godzina 6.00. Czyli, że mam jeszcze półtorej godziny na wyszykowanie. Idę do łazienki i zmywam cały swój sen. Trochę to pomaga. Po 20 minutach wychodzę z wanny i zakładam wcześniej naszykowane ciuchy. Mam na sobie czarną bokserkę na niej koszulę w czerwono- czarną kratę do tego czarne rurki z dziurami. Wzięłam swojego iPhone i torbę. Kieruję się do kuchni, w której jest już mama.
- Mmm... Naleśniki. -usiadłam przy stole i zaczęłam zajadać się pysznościami. - Dziękuję. Było pyszne.
- Wiedziałam, że ci będzie smakować. - Podeszłam do niej i dałam jej całusa w policzek. Wzięłam jabłko oraz wodę i wrzuciłam je do torby. - Chodź szybciej. - Szybko wyszłyśmy. Mam około 15 minut drogi do szkoły.
- Pa. Zadzwonię po ciebie jak skończę zajęcia. - Powiedziałam i wyszłam z samochodu.
- Pa. - Odpowiedziała, a po chwili zostałam sama. Boję się tej całej szkoły. Weszłam na plac budynku i przeczekałam aż tłum się zmniejszy.
- Cześć. Ty pewnie jesteś Camille Johnson. Ja jestem Jacob Everton. Chodź do pani dyrektor.- Na początku się wystraszyłam jednak po chwili znowu byłam opanowana.
- Ok. Już idę - Jak powiedział tak zrobiliśmy. Po chwili już staliśmy przed gabinetem pani dyrektor. Zapukałam i weszłam gdy usłyszałam,, Proszę"
- Dzień dobry. Ty pewnie jesteś Camille Johnson.
- Dzień dobry. Tak to ja Camille. - Wyjęła z szafki dwie kartki. Wzięłam je i wyszłam mówiąc - Do widzenia - nie czekałam na odpowiedź.
- Jeszcze tu jesteś? - Szczerze mówiąc to się zdziwiłam, że on jeszcze czekał.
- A trafiłabyś sama do klasy? No właśnie. Chodź szybko bo nie wypada spóźnić się pierwszego dnia.- Ruszyliśmy. Gdy znaleźliśmy się w klasie podeszłam do nauczycielki, która jest naszą wychowawczynią. Podałam jej kartkę do podpisów.
- Dzień dobry Camille. Ja jestem waszą wychowawczynią. Dobrze Camille opowiedz coś o sobie.
- To tak. Mam na imię Camille. Jeżdżę na motorze, szkicuje, tańczę, jeżdżę konno oraz gram na kilku instrumentach.
- Ciekawie. A teraz usiądź gdzie jest wolne miejsce czyli koło Nathana Andresa. - Super. Los się na mnie uwziął. Usiadłam koło blondyna. Widać nie był wcale zainteresowany lekcją. Grał sobie poprostu na telefonie. Pani coś mówiła jednak ja szkicowałam w zeszycie. Przede mną siedział Jacob z jakąś dziewczyną.
- Jeździsz na motorze? - Jego szafirowe oczy spojrzały na mnie. Nie mogę powiedzieć, że nie był przystojny. Tylko nie lubię dociekliwych ludzi.
- Tak a co? Coś ci nie pasuje? - Co go to obchodzi. Moje życie i moje sprawy.
- Nie nic tylko to trochę dziwne. No wiesz dziewczyna i motor. Chciałbym to zobaczyć.
- Niedoczekanie - odgryzłam się. Chciał jeszcze coś powiedzieć jednak wtedy zadzwonił dzwonek.Dzięki wielkie, że lekcja już się skończyła. Teraz mam mieć w-f. Czekałam na korytarzu na Jacoba. W końcu wyszedł z tą dziewczyną.
- O czym rozmawiałaś z Nathanem? A zapomniałbym to jest Annabel Robb. - Uścisnęłyśmy dłonie w geście przywitania.
- Cześć. Wiesz zazdroszczę ci, że z nim siedzisz. On jest największym ciachem w szkole. Jeździsz na motorze i on. Oh... Będzie z was piękna para.
- Ja i on?? Haha niezły kawał. Job. On nie mógł pojąć jak to możliwe dziewczyna + motor. Ugh. Przecież każdy ma inne upodobania czyż nie? - Spojrzałam na niego, a ten tylko kiwnął głową. - Dobra. Annabel idziemy na w-f.
- Jasne. Po drodze porozmawiamy. - Zostawiłyśmy Jacoba samego i poszłyśmy do szatni damskiej. Zaczęłyśmy się przebierać gdy jakaś dziewczyna się mnie spytała.
- Lubisz piłkę ręczną?
- Jako tako. A co? - Nie wiem o co chodzi ale okej.
- To radzę ci polubić bo od miesiąca już w nią gramy bo pan Robertson ją uwielbia.
- Okay. Dzięki. - Weszłyśmy na salę gdzie jak mówiła wcześniej ta dziewczyna było boisko do piłki ręcznej. Po prostu super.
- Witam panienki. Dzisiaj będziemy grać w piłkę ręczną. Camille myślę, że lubisz ten sport. Nawet jeśli nie musisz się dostosować. - Matko jaki cham. - No dobrze na rozgrzewkę dziesięć kółek wokół sali. Szybciej! Ruszać się! - Cieszę się, że od kilku lat biegam. Te dziesięć kółek jest dla mnie pestką. W tamtym roku biegłam w maratonie gdzie do przebiegnięcia było sześć kilometrów. Już byłam w połowie dziewiątego nagle się potknęłam.
- Au! Moje kolano.
- Ups! Radzę ci nie podrywaj go. On jest mój. - Powiedziała przez zaciśnięte zęby. Jednak gdy nauczyciel się zbliżał ona momentalnie się zmieniła - Boże! Nic ci nie jest?
- Camille nic ci się nie stało? - zapytał z troską wuefista.
- Nie nic tylko kolano mnie trochę boli.
- Może chcesz iść do pani pielęgniarki? Opatrzy ci kolano. - Dotknął mojego kolana. - Chyba nic poważnego. Kto z nią pójdzie? Może ty Annabel? - Wraz z nauczycielem pomogła mi wstać. Już miałyśmy iść.
- Ja z nią pójdę. Camille chodź. - Wszystkie dziewczyny zrobiły wielkie oczy szczególnie ta dziewczyna, która podłożyła mi nogę oraz Bel. Bez sprzeciwu ruszyłam, ponieważ ból był coraz większy. Gdy wyszliśmy z sali zapytałam :
- Po co mi pomogłeś? Annabel by mnie zaprowadziła.
- Sam nie wiem. Coś mi kazało żebym tobie pomógł. To dziwne. W normalnych okolicznościach nawet bym się do ciebie nie odezwał. Ile lat jeździsz na motorze?
- Hmm.. Od 5 lat. A ty jeździsz? Bo Annabel mówiła, że tak.
- Tak jeżdżę i też od jakiś 5 lat. Dobra jesteśmy. - Zapukałam i miałam wchodzić kiedy nagle on też ze mną też chciał wejść. Spojrzałam na niego z jedną brwią podniesioną ku górze. - No co? Nie chcę mieć twoich znajomych na głowie. A teraz wchodź i nie marudź. - Weszliśmy. Pani pielęgniarka odrazu się mną zajęła.
- Co cię sprowadza?
- Upadłam na lekcji w-f i strasznie boli mnie kolano u prawej nogi.
- Dobrze. Usiądź i zobaczymy co ci jest. - Posłusznie wykonałam polecenie. - A ty idź i powiedz, że ona pojedzie do domu jak ją przebadam. - zwróciła się do Nathana i ten wyszedł. Pielęgniarka zaczęła badać mi kolano. Po badaniu założyła mi bandaż i szynę do usztywnienia kolana. Dostałam również kule aby chodzić z nimi. Wyszłam z gabinetu i odrazu zadzwoniłam do mamy.
- Cześć córciu. Coś się stało? - zapytała z troską.
- Nie nic tylko się przewróciłam na lekcji w-f i stłukłam kolano. Możesz przyjechać?
- Dobra będę za 20 minut. - Po tych słowach rozłączyłam się i poszłam do szatni po swoje rzeczy. Akurat tak trafiłam, że dziewczyny właśnie wyszły z sali.
- O! Aż tak poważnie jest, że musisz chodzić o kulach? Współczuję. - Wtedy zadzwonił mój telefon.
- Dobra dziewczyny muszę iść bo moja mama przyjechała. Jutro wam opowiem.
- Ok. Pa. Do zobaczenia jutro. - Szybko wyszłam. Miałam wszystkie rzeczy. Byłam przed szkołą kiedy przyszedł mi sms. Wyjęłam swojego iPhone. Wiadomość przyszła od nieznanego numeru.
,, Hej wszystko w porządku? I następnym razem pilnuj kartki, na której masz numer telefonu. Nat."

Byłam zdziwiona. Po chwili przyszedł kolejny sms.
,, Ten chłopak, który się o ciebie zamartwia i ubóstwia twoje oczy"
Okej. Ten drugi sms trochę mnie zaskoczył. Dziwne to trochę ale spoko. Weszłam do samochodu co było nie lada wyczynem.
- Hej Mille. Jak kolano? Pewnie boli. Jedziemy do szpitala?
-  Mamo hej. Spokojnie. Kolano boli ale jest usztywnione i tyle. Jutro ma być lepiej. Do końca tygodnia nie mogę go nadwyrężać. Pojutrze będę miała zdjęta szynę. - Ruszyłyśmy. Resztę drogi pokonałyśmy w ciszy. W domu mama kazała mi się położyć na dole w pokoju gościnnym. Więc weszłam do pokoju. Nagle po domu rozległ się dzwonek do drzwi.
- Dzień dobry jest Camille? Jak się czuje? - Wszędzie rozpoznałabym ten głos.
- Dzień dobry. Tak Camille jest w pokoju. Zaprowadzę cię do niej ona ci wszystko powie. - Słyszałam jak zbliżali się coraz bliżej pokoju. W końcu on wszedł i zostaliśmy sami.
- Cześć. Jak noga? Sorry za ostatniego smsa. Był on przypadkiem. Jeszcze raz przepraszam.
- Okay.  Nie ma sprawy. Noga w porządku, do końca tygodnia muszę uważać na nią. Dobra a teraz chcę iść spać. Możesz już iść.
- Cześć. A jakbyś coś chciała to mieszkam naprzeciwko. Poznałaś pewnie moją ciocię Rose. Pa. - WTF?! On mieszka naprzeciwko. Po prostu zajebiście. Myślałam tak przez jakiś czas aż w końcu usnęłam

czwartek, 28 maja 2015

Prolog


Od zawsze wmawiano nam, że coś takiego jak czarownice, wilkołaki, wampiry, anioły, elfy i jeszcze wiele innych postaci nie istnieje... Jednakże to było jedno wielkie kłamstwo. Nikt w to nie wierzy, a jeśli już ktoś uwierzy, to uznają go za chorego psychicznie.Dlatego więc większość, która wierzy w inne życie pozatym światem, który uważamy za jedyny kryją się z tym. Czy może to nieprawda? Może to tylko halucynacje? Nie wiedzcie, że ja też w to nie wierzyłam. Ale jeśli osoby, które są zawsze opanowane, mówią o tym, WIERZYSZ. Tak dziwne leszcz realne. Czyż nie? Jest wiele zagadek tego świata, a jedną z nich jest właśnie to! Wierzyć? Czy nie? Jednak wierzysz. Czemu? Sam nie wiesz. Po prostu to wiesz. Czujesz to, że to twoje przeznaczenie.

Przedstawienie


Hej wam. Założyłam tego bloga bo: 1. Kocham fantastykę i romantykę.
2. Tamten blog to nie wypał, ponieważ nikt oprócz jednej osoby go nie czytał.
3. Mam wenę na Fantasy, czemu? W szkole cały czas szkicuję i pisałam opowiadania póki nie złamałam ręki.
Tak w ogóle nazywam się Taylor. Mam 17 lat i jestem bardziej typem samotnika. Hmmm? Chyba tyle. Jeśli macie jakieś pytania walcie śmiało. Blog będzie o... Nie powiem bo to niespodzianka 😁.
T.B